przygoda

Nocny spektakl – Catatumbo!

Komary jak gołębie, gołębie jak orły, burze jak Catatumbo! Tak, to tropiki. Już samo brzmienie słowa „Catatumbo” zapowiada coś ekscytującego. Europejski turysta,  wybierając się do Wenezueli zwykle zmierza w kierunku najwyższego wodospadu świata – Salto Angel położonego w niedostępnym drogą lądową Parku Narodowym Canaima lub 2810 metrowe  tepui – Roraima, uznawanym przez Indian za miejsce pochówku bogów. Za to na północno-zachodnim krańcu ogromnie zróżnicowanego biogeograficznie kraju znajduje się jezioro Maracaibo. Geomorfologicznie jest ono częścią morza ponieważ 55 kilometrowa cieśnina łączy je z Zatoką Wenezuelską, a tym samym z Morzem Karaibskim. Jednak w dużej części wody tego ogromnego zbiornika wodnego są wysłodzone, miedzy innymi dzięki  słodkim wodom wpływającym wraz z Rio Catatumbo.

Przez dwie noce polowałam na dobre zdjęcia, ale nie wyszło... tu pożyczone z http://www.naoelflow.com/nao/index.php/component/content/article/4-farandula/2935-el-relampago-del-catatumbo

Przez dwie noce polowałam na dobre zdjęcia, ale nie wyszło… tu pożyczone z http://www.naoelflow.com/nao/index.php/component/content/article/4-farandula/2935-el-relampago-del-catatumbo

 

Co też niezwykłego dzieję się nad tym jeziorem? Wyobraźcie sobie największą burzę swojego życia, pomnóżcie razy trzy i ściszcie głos prawie do minimum. Oto Catatumbo, zwane też Relámpago de Catatumbo, zjawisko meteorologiczne, którego największe nasilanie występuje właśnie w okolicach ujścia rzeki Catatumbo w Parku Narodowym, o tej samej nazwie. I tak leżąc w hamaku w ciepłe noce (największe nasilenie zjawiska występuje w okresie od maja do września czyli podczas wenezuelskiej zimy) możemy czytać książki przy „burzowym” świetle. Catatumbo stanowi największy na świecie agregat ozonu, powstającego podczas wyładowań atmosferycznych.

Istnieją różne hipotezy tłumaczące fenomen Catatumbo lightening. Najbardziej prawdopodobna z nich wskazuje jako przyczynę niezwykłe ukształtowanie tego terenu. Niecka jeziora Maracaibo znajduje się w widłach Kordyliery Andyjskiej (jej części wenezuelskiej). Od zachodu łańcuch górski Sierra de Perija zaś od południa i wschodu Cordillera de Merida. Sama powierzchnia tego zbiornika to 14 343 km²! W wyniku różnicy nagrzewania się mas powietrza nad  wysokimi górami i taflą jeziora podczas dnia, w górach panuje niż natomiast nad wodą wyż. W nocy sytuacja drastycznie się zmienia, wyż i niż zamieniają się miejscami ze względu na różnice w szybkości oddawania ciepła przez ląd – szybko i wodę – wolno. Wówczas ogromne masy powietrza spływają po stokach górskich, a w wyniku ich zderzenia z ciepłym powietrzem nad wodą dochodzi do spektakularnych wyładowań. Jednak wbrew powszechnej opinii są to po prostu burze, którym towarzyszy zarówno błyskawica jak i grzmot. Często pułap chmur jest zawieszony na tyle daleko i wysoko, że nie słyszymy nad głową dźwięku rozdzieranego prześcieradła, a tylko ciche burczenie w brzuchu. To jednak nie umniejsza skali zjawiska! Miejscowi Indianie wskazują również na występowanie czerwonych burz, które poprzedzają pojawienie się „normalnych” wyładowań. Czerwony kolor pioruny zawdzięczają ponoć metanowi, który w ogromnych ilościach wytwarzany jest przez gnijącą materie organiczną z podmokłych lasów i bagien Parku Narodowego Ciénagas del Catatumbo. Pioruny były niegdyś wskazówką  południa dla żeglarzy, tak jak krzyż południa. Jednak w ostatnim czasie zaobserwowano zanikanie tego zjawiska z niewiadomych przyczyn.

4

17-001

Nie ma sensu bujać się w hamaku oczekując na nocny spektakl, bo dostępny tylko drogą wodną Parku Narodowego Ciénagas del Catatumbo ma wiele do zaoferowania. Z główną wizytówką: tropikalna przyroda  podmokłych lasów – ogromne metalicznie niebieskie motyle Morpho razem z wielkimi Caligo szybko i zwinnie przelatują nad głowami. Wtopione w bujną zieleń ptaki: czaple, orły, sępy i papugi z trudem dają się zauważyć. Nie mówiąc już o prawie niewidocznych kajmanach i zawsze się maskujących ogromnych zielonych legwanach. Wyłączając silnik motorówki i płynąc na wiosłach możną poczuć zapach prawdziwego lasu galeriowego i… rozkładającego się mięsa. Skąd ten odór? Otóż tutejsza ludność trudni się głównie połowem krabów, co nikogo nie dziwi mając na względzie sąsiedztwo wielkiego jeziora. Połów jest jednak niezwykły gdyż do rozwieszanej liny, nie sieci, przywiązywane są głowy kurczaków, stanowiące dla krabów przysmak i tym samym przynętę. Po wyeksploatowaniu liny obwieszonej głowami kurczaków, trafiają one do lasu.

9

 

20

12

Okoliczna ludność z miasteczka Ologa czy Kongo do najbliższej cywilizacji ma ok. 50 km do przepłynięcia wodą. Nie dziwi fakt, że dzieci kończą edukację na podstawówce, a potem zajmują się połowem. A gdzie tu zbudować domu jak wokół woda, lub podmokłe lasy? Oczywiście na wodzie! Nazwa kraju, Wenezuela, pochodzi od Wenecji, gdyż pierwsi przybysze zobaczyli całe miasta domów na palach – palafitos. Życie w palafitos do łatwych nie należy. Do sklepu, do sąsiada czy po pranie wiszące na sznurku koło domu ludzie wypływają łódkami. Małe blaszane domo-baraki mieszczą całe rodziny i tak np. w Kongo jest ok. 300 osób mieszkających w 50 „domach”. A ludzie? wyluzowane podejście do życia, inna perspektywa na problemy i nigdy nie przemijająca chęć do pogawędek o wszystkim i … pogodzie.  Prorokowanie na jaką skalę będą dzisiejsze wyładowania jest ulubionym zajęciem podczas leniwych popołudni.

22

 

Jeden dzień, jedna noc…

Dzień, który rozpoczyna się od kanapki z rekinem nie może należeć do normalnych. Wczesna pobudka o 5 rano zawsze zmusza mnie do rozmyślań, dlaczego ja nie wstaje wcześnie rano żeby zyskać więcej dnia… Później przychodzi refleksja, ze pójście spać o 2 w nocy nie zachęca do wczesnych pobudek.

 

koniki morskie, podano na tacy

koniki morskie, podano na tacy

 

Choć miejscem naszych badań miał być Park Narodowy Mochima, środowisko bardzo suche, suchoroślą, kaktusy, opuncje i uboga obecność ssaków, chwilowo przenieśliśmy się w pasmo górskie Turimiquire (stan Sucre).  Góry, lasy, czyli to co lubię najbardziej. Ze swojego domu wyskakuje szczupły przewodnik, z rozbójniczym wyrazem twarzy, w czerwonym kombinezonie, bynajmniej nie rewolucyjnym. Do lasu wbiegł, nie wszedł. A my za nim usiłując dotrzymać kroku. Na szczęście co rusz przytrafia się krzak, roślina czy drzewo przy którym przystajemy, żeby dowiedzieć się , ze korzeń tej rośliny, czy wywar z liści innej, wydawałoby się zupełnie pospolitej, stanowi remedium nie tylko na tak trywialne problemy jak ból brzucha, głowy czy sroczkę. Również na dolegliwości z prostatą, grzybice waginalna, lekkie odmiany nowotworów, czyli klasyczny przypadek kiedy wchodzisz do lasu, zamiast do apteki. Jednak pozostaje mały detal, w jakich proporcjach spożywać te wszystkie dobrodziejstwa nieantybiotykowe i nie hormonalne żeby przetrwać naturalna kuracje? Tego sekretu tak łatwo nie poznamy. Pochylam się nad czerwonym owocem rosnącym na samej dróżce, zafascynowana tym, ze nasz przewodnik wie WSZYSTKO pytam czym zatem jest moje znalezisko.

– nie ruszaj, to jest bardzo toksyczne, można kogoś tym otruć – odpowiada z pośpiechem nasz przewodnik. Sądzę, ze widział owoc wcześniej, ale przez to, ze jest bardzo toksyczne, nie chciał o nim wspominać.

– a co jeśli chciałabym wziąć owoc, żeby go użyć do otrucia w przyszłości mojego narzeczonego czy męża? Mogłyby mi się przydać…- pytam rokując co może się w przyszłości wydarzyć.

– nie możesz, bo gdyby się okazało z jakiej ziemi to zabrałaś, kto Ci o tym powiedział, to miałbym problemy – ucina szybko moje rozmyślania.

DSC_0351Ale jak u małego dziecka moja uwaga szybko zostaje rozproszona nowym bodźcem, jest nim dość trywialna pomarańcza. Pomarańcza prosto z lasu, na zewnątrz regularnie pomarańczowa, bez plamek i żadnego nalotu, a w środku pomarańczowa, soczysta rozkosz… Czemu się tak podniecam, skoro jestem w tropikalnym kraju i cytrusy rosną przy drogach? Otóż ten smak bardziej przypomina pomarańcze które kupujemy w Polsce, tylko, że bez pestek. Magia owoców bez pestek sprowadza się do zjawiska partenokarpii, czyli powstawania owoców bez procesu zapłodnienia i wytworzenia nasion. Można ją wywołać sztucznie działaniem substancji wzrostowych (auksyny, gibereliny, itp.) lub niską temperaturą, co wykorzystują rolnicy, aby sprzedać nam owoce bez tych „kłopotliwych” pestek. Wenezuelskie pomarańcze są zawsze zielone z zewnątrz, żółtwe w środku i trafia się, że są suche i nie maja dużo soku, który jeśli już jest bardzo pyszny. A tu w środku rozkosz pomarańczy, z górskiego lasu tropikalnego. I jak się okazuje, nie jest to przypadek. Dawniej ludność pobliskiej wioski mieszkała w lesie uprawiając tam owoce i warzywa licznych odmian, których teraz już nie można spotkać na rynku, których już w ogóle nie ma w użyciu. Inne odmiany mango czy bananów. Mogło się zdarzyć tak, ze właśnie takie pyszne odmiany pomarańczy zostały wywiezione do Europy, głównie Hiszpanii i Włoch i tam do tej pory produkowane w dużej skali. Tylko, że pomarańcze pochodzą z Chin i wschodniej Azji…

Po jednym szybkim ruchu maczety przydrożne drzewo zaczyna sączyć krwisto czerwony sok, ponoć jego właściwości poprawiają ogólną witalność i stan zdrowia. Bez wahania pakuje paluch pod stróżkę szybko wyciekającej substancji. W smaku cierpki, ale to może brud z mojego palca. Zasady BHP tu nie obowiązują. W końcu pada kluczowe pytanie:

– Kto nauczył Cię całej tej wiedzy dotyczącej roślin i medycyny?

Po chwili zawahania pada odpowiedź:

– Bandera Roja grilla. Stacjonowali tutaj w latach 60 i 70. Żyli w lasach, napadali na wojsko i niesubordynowanych (według ich standardów)… posiadali imponująca wiedze, na temat fauny, flory i medycyny. Żyli w lesie, zatem z lasu się utrzymywali i w lesie żywili. Wiedza ta teraz idzie w zapomnienie, kiedy idąc do lekarza możemy otrzymać antybiotyk lub alternatywnie antybiotyk. Oprócz tego, że budowali pułapki na zwierzęta, budowali także pułapki na ludzi… Nasz przewodnik, wówczas nastolatek, zastrzega się, ze on tego typu instalacji nie budował i nie zabijał ludzi.  A czy teraz można zginać w lesie z innej przyczyny niż upadek ze skały czy ugryzienie węża? Można… prowadząc takie badania jak my, przemierzając las bez żadnych ścieżek, możemy trafić na samostrzał. Pod warstwa liści na konstrukcji z patyków kryje się strzelba. Gdy zwierze przechodząc zahaczy o linkę uwalniając spust zostaje postrzelone…, a nie ma różnicy czy przechodzi człowiek czy baquiro (dzika świnia). Zatem można oberwać w nogę bo na takiej wysokości jest ustawiona broń, chyba, że się akurat czołgamy…

DSC_0402

Z leśnym autorytetem

Na słabnących nogach spuszczamy się ze stromego zbocza uważając na moje ulubione „mrówki 24”, które kąsają pozostawiając ból jak po postrzale z karabinu maszynowego…. Wszystkie kamery-fotopułapki zebrane, nic nie zniknęło. Bogatsi w unikatowa wiedze o lesie i szereg sińców wracamy do samochodu, gdzie bez żadnej wieści od nas oczekuje od 3 godzin Rafael. Typowa latynoska obsuwa.

Czy tu to już koniec pracy i przygód na dziś? W żadnym wypadku, zmieniamy diametralnie środowisko i ruszamy z brzegu miejscowości Mochima do namorzynowych zatoczek, za którymi otwiera się niski busz, wszędobylskie kaktusy i opuncje.  Brodzenie wśród mangrowców kończy się szczęśliwie wyjściem na piaszczysty brzeg pokryty dość szczelnie śmieciami…

 

DSC_0439 DSC_0456

 

 

 

 

 

 

 

To nie strefa turystyczna, wiec śmieci z morza swobodnie wypływają, tak gdzie nadarzy się okazja. Turystyczne miejsca, z dziesiątkami unoszących się w wodzie główek ludzi sączących piwo (w wodzie), zawsze pozostają czyste dzięki wysiłkowi służb parkowych. W suchym buszu kolejne niespodzianki. Przede wszystkim, tak tutaj tez żyją zwierzęta i całkiem sporo.

DSC_0314

ślady cunaguaro

Na piasku obserwujemy ślady saren, cunaguaro i zajęcy zapowiada się dobrze. Jak potem ujawniają zdjęcia z pułapek obecne są też tutaj pancerniki, paka czy aguti. Kolejnym napotkanym śladem ludzkiej działalności są pułapki. Tak właśnie tu, w środku Parku Narodowego jest ich od groma. Małe corale (kręgi) utworzone z patyków po umieszczeniu w nich przynęty z owoców maja przyciągać króliki. System  zacisku szybko pozbawia zwierzę życia. Gdzie indziej w bardziej zakamuflowanym miejscu niebieskim kolorem razi pojemnik w jakim ma być umieszczona woda, przyciągająca spragnione w porze suchej zwierzęta. Myśliwy czai się obok ze strzelbą…

Po balecie miedzy kaktusami udaje się wszystkie kamery z tej lokalizacji ściągnąć. Profesora Jędrzejewskiego, mojego byłego tutora, i Rafaela, pomocnika z IVICu  zostawiam w kolejnej lokalizacji z kamerami. Ja staram się skorzystać z uroków jednych z najpiękniejszych plaż w Wenezueli. Cieszę się do momentu,  w którym zauważam kosmiczna ilość ludzi, samych główek i rak trzymających piwa lub kubki z %.

rozgwiazda, wbrew pozorom ruchliwe zwierze

rozgwiazda, wbrew pozorom ruchliwe zwierze

Miguel, operator łódki, wyrzuca mnie gdzie z boku tego rumoru przy rozsypującym się molo. Nadzieje na chwile odpoczynku przywraca mi świat podwodny, 10 metrów od ludzkiej zupy… Barwne koralowce, zwinne rybki z wszystkimi dostępnymi kolorami i wzorami geometrycznymi, wielkie jeżowce, i taka różnorodność krabów, ze ciężko to nawet zliczyć. I jeszcze ona, nie łatwa do napotkania murena wychylająca się z otwarta szczęką spośród skał. Do pięknych ryb nie należy, ale na pewno interesujących. Światło zachodzącego słońca nie pozwala więcej na oglądanie podwodnego show. Dryfujące głowy wsiadają do łodzi i odpływają z plaży, jako, że innej drogi dostępu do niej nie ma. Ja również wsiadam na lódź z misja odnalezienia profesora i Rafaela buszujących wśród kaktusów.

Zapada zmrok, co na pewno nie będzie ułatwiało poszukiwań. W poszukiwaniu zasięgu sieci telefonicznej wypływamy w morze. Z szarpanej rozmowy wynika, ze zbliżają się do ostatniej kamery. Zatem pozostaje nam dryfować i czekać na kolejne sygnały. Wybieramy optymalny punkt blisko dwóch lokalizacji gdzie może wydostać się „drużyna kamery”. Nie wszystkim się to jednak podoba… luźną rozmowę przerywa nam wystrzał z broni w naszym kierunku. Najprawdopodobniej nieświadomi kim jesteśmy rybacy, zamieszkujący pobliska plażę, zaczęli strzelać w obawie przed „piratami”. Mogli wpierw spytać, ale strzelanie jest bardziej imponujące… Po krótkiej wymianie słownej wszystko się wyjaśnia. A my przezornie zmieniamy lokalizacje. Co tu zrobić z wolnym czasem oczekiwania w ciemną noc na morzu? Czemu by nie nauczyć się jak się prowadzi lodź? I ciąć po czarnym atramencie wody wzburzając białe bałwany… Po zaliczonym kursie „moje pierwsze sterowanie łodzią” dostaje sms, gdzie też mniej więcej może znajdować się drużyna kamery. Jako, że nie jest to zbyt precyzyjny opis jedna z łodzi jaka właśnie nadciągnęła udaje się na jedną plażę, ja z podrywaczem motorniczym mojej łodzi, na druga. Na plaży pojawia się pojedyncze światło, wszystko wskazuje na naszych ludzi. Jednak człowiek nie reaguje na moje polskie wołania. Zatem odpływamy szybko mając świadomość, że w nocy na plaży zostają czasem „dziwni ludzie”, często nadużywający narkotyków. Ci może też mają strzelbę… tymczasem dobiega nas dźwięk łodzi motorowej. Okazuje się, że zguby znalazły się bez uszczerbku na zdrowiu, na zupełnie innej plaży…Dobrze, że mieliśmy do dyspozycji dwie łodzie i telefon.  Już w komplecie mkniemy przez czarną toń w kierunku stacji biologicznej. A tu niespodzianka, w całej miejscowości nie ma prądu… Ale to już detal po takim dniu. Zasypiam w hamaku w momencie zamknięcia oczu, które tyle dziś widziały.DSC_0327

 

Ostatnie wpisy

Kategorie

Tagi