Tam gdzie upadają rządy i spadają meteoryty

Przyznaje się, byłam zablokowana. Coś krzyczało wewnątrz, ale bezgłośnie. Nie byłam w stanie pisać o Wenezueli w ciągu ostatniego roku. Ani humorystycznie ani tragicznie. Gromadziły się negatywne emocje, frustracja, zatrważające historie, o których myślałam ze już nie usłyszę w XXI wieku. Krew, głód i bezsilność. Wenezuela w ostatnich latach. Szukałam małych enklaw spokoju, normalności, często izolując się. A ja i owszem, lubię chodzić ulicami nawet najniebezpieczniejszego  miasta świata, nie przemykać w zamkniętym samochodzie z przyciemnianymi szybami.  Nawet (o zgrozo!) wsiadam do metra, a przynajmniej usiłuje, jak akurat jest prąd, nie ma jakiejś innej awarii czy tez kilometrowej kolejki, w tunelach gdzie już od paru lat nie ma klimatyzacji. Stapiam się w jedność z moją torba, bywa ze zamykam oczy i kołysana przez tłum poddaje się jego sile. Czasem mnie on do metra mnie wpycha, czasem wypycha, nie na moim przystanku. Czasem siadam na ławce na placu Luisa Brióna w Chacaito o 7 rano i patrze na ludzi, którzy przemykają. Płomienna przemowa pastora ewangelisty przeplata się chlupotem wody miedzy źle ułożonymi płytkami chodnikowymi. Siedzę i patrze, jak to mówił Tomasz Surdel „zjawiska ludzkie”. Staram się wyobrazić życie tych ludzi i codzienne potyczki aby zdobyć chleb czy wyśnione lekarstwo. Najprostsze zakupy zamieniają się w wielkie wyzwanie, czy zdołają COŚ kupić i czy wystarczy pieniędzy. 

Do Caracas trzeba się ubrać odpowiednio, najlepiej plugawo, aby nie przyciągać uwagi, w wytartych, jakkolwiek nie stylowo jeansach, bez pierścionków czy zegarka, jeśli mamy zamiar jechać transportem publicznym. Przeskakiwanie nad kałużą krwi to nie duże zaskoczenie…już przestałam się zastanawiać co się w tym danym miejscu wydarzyło, tylko jak w grze komputerowej staram się dotrzeć do celu.

Manifestacja 2 luty 2019

 

A dziś? Dziś jest inaczej, świeżo. Choć te same palmy kołyszą się za oknem w ludzkich spojrzeniach widać, coś czego jeszcze parę miesięcy temu nie było. Nadzieje. W ostatnich latach ludzie chodzili po ulicach tak jakby nie zależało im na życiu. Czy wpadną pod samochód, czy do dziury w drodze (tak to możliwe…). Dziś, choć w jeszcze bardziej poszarpanych ubraniach mkną lżej, gdzieś się spieszą, na czymś im zależy. Z dnia na dzień na początku stycznia wybudzili się z letargu, wyciągnęli z szaf czapki i koszulki z tą poprawną ilością gwiazd na fladze (siedem, nie osiem) i głową konia w godle odwróconą w prawo, nie w lewo (tak jak było z polskim orłem w czasie socjalizmu). I wyszli tłumnie na ulice, place, skwery. Wszyscy. Pani z kiosku, pan z banku, profesor, rzeźnik, fryzjer. W chwilach uniesienia, podczas gdy por raz kolejny śpiewany jest hymn Wenezueli, sąsiad z prawej czy lewej zaczyna Cię nagle ściskać. Nie, nie ma RODO, przestrzeni prywatnej i konwenansów. Jest pięknie z przewodzącą wykrystalizowaną ideą „Chcemy wolnej Wenezueli!”. Jeszcze nie wiadomo jaką cenę przyjdzie za tą wolność zapłacić. Niektórzy twierdzą ze już zapłacili, inni kupują kilogramy ryżu żeby przetrwać możliwą interwencje militarną. Ale już jesteśmy po tej drugiej stronie, nastąpił przełom, przesilenie. Pojawił się charyzmatyczny człowiek Juan Guaidó z całym sztabem działających w końcu (!) wspólnie pracowników. Jest plan, który jest konsekwentnie wypełniany. Przemowy są spokojne i dobrze zorganizowane. Nie ma krzyków i wyzwisk, stałego elementu wypowiedzi poprzedników, dzięki którym czujesz się jak bydło przepędzane na pastwisku. Na powtarzające się podczas manifestacji pytanie „Będziecie na ulicach nas wspierać?” odpowiada jednogłośnie tłum „BĘDZIEMY”! To wymagający egzamin z demokracji, który przyszło mi zdawać na innym kontynencie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najnowsze wpisy
Kategorie
Tagi