socjalizm

Kraj, który zabrania własnej waluty.

To tu gdzie zabrania się użycia krajowej waluty o najwyższym nominale, z dnia na dzień. Jesteśmy w Wenezueli.

Wyobraź sobie, że masz 72 godziny aby zdeponować w banku wszystkie banknoty o najwyższym nominale w Twoim kraju. Banknotów, których masz tysiące w domu bo za jeden możesz kupić pół jajka czy parę łyków coca-coli, w skutek hiperinflacji, jednej z najwyższych na świecie. Czemu trzymasz gotówkę w domu? Bo w wielu miejscach nie działają terminale płatnicze i jeśli chcesz coś kupić to płacisz gotówką, a właściwie workami gotówki o najwyższym nominale. Wiele osób nie posiada kont bankowych i kart płatniczych, zwłaszcza osoby starsze i klasa robotnicza. Decyzja ta zapada z dnia na dzień spontanicznie, a dlaczego? Konspiracyjne historie z naszego podwórka mogą się schować, jakkolwiek w tą jesteśmy zamieszani. Posłuchajcie jak Washington Post opisuje tą konspiracje jaką minister wenezuelskich spraw wewnętrznych Nestor Reverol wyłuskał podczas jednego z orędzi, a prezydent to powtarza:

„Ponad 300 milionów wenezuelskich banknotów o najwyższym nominale zostało wywiezione z kraju w ciągu ostatnich miesięcy. Wielkie kontenery banknotów o nominale 100bs znajdują się w Centralnej i Wschodniej Europie: Polsce, Ukrainie, Szwajcarii, Niemczech, Republice Czeskiej Macedonii – wszystko zorganizowane przez przebiegły Departament Skarbu USA. Pracując we współpracy z pozarządowymi organizacjami i lokalną mafią, banknoty wyjechały z kraju przez Kolumbie, żeby potem wylecieć do Europy, a wszystko to w celu destabilizacji ekonomicznej i wprowadzenia chaosu w Wenezueli, który ma doprowadzić do upadku socjalistycznego rządu. Banknoty nie mogą być zniszczone ponieważ USA zaoferowało zapłatę 1$ za każde 100 Bs [aktualnie ma wartość 3 amerykańskich centów], ale tylko w momencie kiedy rząd wenezuelski upadnie.”

Jak Wam się podoba ten scenariusz science-fiction? Wspomniane kraje europejskie nawet się na ten temat nie wypowiedziały, bo i po co marnować wysiłek dyplomatyczny na coś takiego.

To oczywiście nie koniec historii, parę tygodni temu rząd ogłosił wprowadzenie banknotów o nowym, wyższym nominale co w świecie powszechnie praktykuje się aby chwilowo zaretuszować hiperinflacje. Ale uwaga, uwaga, żeby zmiana za nie była za bardzo drastyczna użyto tych samych wzorów z istniejących jeszcze banknotów, zmieniono kolorki i dodano zera. Może się okazać że nieuważni nawet nie dostrzegą różnicy… i właśnie o to rządowi chodzi, kolejne pranie mózgu.

Porównanie starych (górny rząd) i nowych, jeszcze nie wprowadzonych na rynek banknotów (dolny rząd). Znajdź dwie różnice, więcej nie ma.

To wciąż nie wszystko! Zatem kiedy już stwierdzono, że wywali się jedne można skorzystać i pozbyć się problematycznego nominału 100 boliwarów, w ciągu wspomnianych 72 godzin. Nowe banknoty z fajerwerkami miały pojawić się w bankach 15 grudnia, to również była data graniczna do jakiej można było deponować nieszczęsne banknoty o nominale 100, prawdopodobną przyczynę całego kryzysu ekonomicznego w Wenezueli…

15 grudnia

Nowym banknotów nie ma, a co jeśli chcesz teraz wyciągnąć gotówkę z bankomatu? Niespodzianka! Znów wyskakują zakazane 100 bs. Błędne koło, zatem ludzie szturmują banki w poszukiwaniu gotówki, w wielu miastach wybuchają zamieszki, zdesperowani ludzie okradają banki i sklepy. Tak, są wpieprzeni i mają do tego powód. Kraj jest sparaliżowany, a nowe pieniądze pewnie nawet nie są wydrukowane…

17 grudnia

Godziny popołudniowe, prezydent Wenezueli twierdzi, że niedocierające nowe banknoty są efektem międzynarodowego sabotażu. Jaki sabotaż? kto miał by na tym skorzystać? Nie wiadomo…
Nie trzeba długo czekać, bo już wieczorem ten sam osobnik ogłasza, że jednak banknoty o nominale 100 boliwarów, wciąż mogą być w obiegu, do 2 stycznia. Polityka monetarna na poziomie żłobka, kaprysy jak u przedszkolaków, odpowiedzialności zero. Wygląda jakby rząd tańczył monetarną salsę, krok w przód, krok w tył. A co jeśli się potknie?

Za dużo absurdu? W ciągu 24 godzin spodziewam się więcej, tendencja jest rosnąca, odwrotnie proporcjonalna do spadającej nadziei Wenezuelczyków o wypełznięciu z tego bagna. Krąży plotka, że w nowym roku parę banków zbankrutuje, więc ludzie nie będą mieć ani gotówki, ani kont, jedynie mgliste zapewnienia prezydenta o kolejnej konspiracji…

Dzienniki ogórkowe

Dystans 2700 km z prędkością 60 km/h? Nie dla sportu, ani pobicia jakiegoś rekordu w kategorii podróży dziwnych. Ja tak pojechałam do roboty :). Bardzo stylowo bo ogórkiem – Volkswagen kombi, który nieodłącznie kojarzy mi się z czasami hipisowskimi, które znam z filmów i opowieści. Z dziwnym sentymentem do czegoś czego nigdy nie przeżyłam.

Ze względu na fatalny stan samochodów w moim instytucie (jedna opona teraz kosztuje równowartość dziesięciu wynagrodzeń minimalnych w tym kraju) samochodów do wyjazdów w teren brak. Już od roku.  Chcesz robić prace naukową i wyjazdy w teren? Realizować doktorat czy magisterium? Radź sobie sam! Już dawno zdałam sobie z tego sprawę zatem i wyjazdy w teren organizuje sobie sama.  Od początku do końca. Szukam kasy gdzie popadnie, proszę ludzi i instytucje i sama pracuje. Wcale nie wstydzę się powiedzieć, że mój dochód dzienny jest na poziomie mieszkańców Ugandy, czy innych krajów trzeciego świata. Choć wciąż nie mogę w to uwierzyć… Czasem to trafia do ludzi.

Już na Gran Sabana. 10 km przez celem, coś chrupło i strzetliło i trzeba było jechać do Brazyli żeby kupić "una goma de tripode" (już więcej wiem o samochodach po hiszpańsku nić po polsku)

Już na Gran Sabana. 10 km przez celem, coś chrupło i strzetliło i trzeba było jechać do Brazylii żeby kupić „una goma de tripoide ” (już więcej wiem o samochodach po hiszpańsku niż po polsku…)

Na szczęście znajdują się przyjaciele, którzy pomagają mi się unosić na powierzchni tego bagienka… I tak na przykład Roberto pożyczył mi swój samochód, którego aktualnie nie używa, a świeżo wymienił mu silnik. Pozostaje jeszcze znalezieni osoby która zdecydowałaby się na kierowanie tego przyjemniaczka. Bez klimy, ABSu, prędkomierza, ze słabymi światłami, źle zbalansowanego… lista jest dłuższa. Ale najważniejsze przemieszczającego się, z mocnym silnikiem, który ponoć trudno „zarypać”. Ale znajduje się i chętny, zwolennik samochodów dziwnych, gotowy na wyzwanie.

Po tradycyjnym opóźnieniu ±3 dniowym ruszamy w trasę, wraz z rozbudzającym się dniem przekraczamy Caracas, żeby ruszyć w interior. Samochód jest dostawczy, więc przyciąga uwagę i w każdym punkcie kontroli wojskowej zatrzymują nas aby spytać co przewozimy, z założenia wszystkie dostawczaki to kontrabanda. Za każdym razem odpowiadamy z tą samą śpiewką:

– jesteśmy z ministerstwa nauki i technologii, przewozimy sprzęt naukowy.

Na dumnie wypiętych piersiach moich, Lisandro y Cecili dyndają identyfikatory instytutu podległego ministerstwu. To które wymieniamy już od roku nie istnieje… dynamika zmian ministerstw jest tutaj tak szybka, że i sami pracownicy instytutu nie wiedza pod jakie ministerstwo podlegają. Co dopiero jakiś szeregowy.  Nie można się za bardzo uśmiechać przy rewizji, ale też nie okazywać dezaprobaty, której pełne są nasze serce. Już od dawna cierpię na głęboki wciąż pogłębiający się, prawdopodobnie nieuleczalny brak szacunku dla Boliwariańskiej Gwardii Narodowej. Jeśli trafi mi się wylądować w areszcie za jakąś pyskówę to wcale się nie zdziwię.

Kolejna stacja kontroli wojska, tym razem między dwoma stanami Miranda i Anzoátegui. Tradycyjnie proszą nas o zjazd na pobocze i rewizje dokumentów.

– ale to nie pani samochód!

– nie, pożyczony od znajomego. Tu wszystkie dokumenty – wyjaśniam i przekazuje.

– ale musi być autoryzacja na użytek samochodu z xerokopią dowodu właściciela, skąd mam wiedzieć, ze nie jest skradziony?

– ??? nie mam autoryzacji – odpowiadam i wiem, że go nie potrzebuje bo wymóg czegoś takiego  jest nielegalny!

– no niech będzie, uwierzę pani…

Funkcjonariusz z nadmierną ilością gwiazdek na epolecie przekazuje nasze dokumenty funkcjonariuszowi z mniejszą ilością gwiazdek. Ten przystępuje do innej akcji. Wprowadza psa do kombi aby sprawdzić czy nie przewozimy narkotyków. Zmęczony siedzeniem na słońcu psiak po wejściu do samochodu układa się wygodnie w cieniu i zasypia… Zdezorientowany wojskowy  aby nie pozostać skompromitowanym przez psa zaczyna opukiwać ściany paki i sufit, po czym zadaje pytanie:

– jesteście naukowcami to pewnie wiecie jak przebiega fotosynteza?

– oczywiście – odpowiada Lisandro i ogólnie wyjaśnia proces

– bardzo dobrze. Interesujące. – potwierdza wojskowy – a wiecie jak wyekstrahować alkaloidy z marihuany?

– ??? Nie , nie wiemy – odpowiadamy spokojnie, choć mam ochotę na inny komentarz…

Hipisowski samochód odbił nam się czkawką.  Dym marihuany jakby autoamycznie wydobywał się z tego pojazdu. Powinniśmy jeszcze włączyć Boba Marley’a. Żeby było jasne był z nami na pokładzie.

Wojskowy jeszcze chwile nam się przygląda, jakby w oczekiwaniu że z ucha wyjdzie nam dym…

– No nic, dziękuje.  – żegna się i odchodzi

– a nasze dokumenty? – usiłuje go dogonić.

– jakie dokumenty?

– dowody i papiery dla samochodu – wyjaśniam zaniepokojona.

– ja nic takiego nie mam.

Jak to do cholery! przecież widziałam jak je wpakował do kieszeni. Dupek. Chce łapówkę, inaczej nas wypuści, ale bez dokumentów. Włączam ostatnią opcja jaka mi się nasuwa – flirt.

– ale widziałam jak je włożyłeś do kieszeni- flirtujący tonem z lekkim uśmiechem ponownie dopytuje.

Zaskoczony wojskowy prawdopodobnie nie spodziewając się takiej reakcji głupkowato się uśmiecha i z kieszeni wyciąga plik naszych dokumentów. Odbieram je w pośpiechu i już bez flirtującego tonu żegnam się i odwracam na pięcie. A przed nami jeszcze 1000 km i niezliczona ilość kontroli wojskowych i narkotykowych podejrzeń.

A jak wyglądały Twoje wyjazdy w teren do projektu doktoratowego? 😀

Najnowsze wpisy

Kategorie

Tagi