polityka

(…) ale to nie u nas, takie sprawy załatwia Interpol.

29 marca 2014, Lizbona – ostatni przystanek europejskiego wypadu, tuż przed Caracas. Uśmiechnięta pani z obsługi linii lotniczych TAP zawiesza wzrok na moim paszporcie i mówi: – ale na takim paszporcie Pani nie może wlecieć do Wenezueli…
A wszystko zaczęło się tak:

25 Luty 2014, IVIC, pod Caracas. Manifestacje przeciwrządowe w rozkwicie, perspektywa karnawału nie robi na nikim wrażenia, „teraz trzeba walczyć!” krzyczą hasła transparentów. Ja tymczasem odliczam dni do mojego wyjazdu do Polskie, nie mylić z ucieczką. Jak nigdy, tchnięta dziwnym przeczuciem, szukam paszportu, dużo wcześniej niż tradycyjnie, dzień przed wyjazdem. Wszystkie skrytki wskazują na jedno – NIE MAM PASZPORTU, nie mam wizy. Do przeszukania mam 8 m2, więc robię to trzy razy.Aktualnie w akademikach panuje plaga kradzieży, tylko, po co komu cudzy paszport??? W polskim konsulacie w Caracas dostaję odpowiedź: ostatnią plagą są kradzieże paszportów zwłaszcza europejczyków. Później się je sprzedaje, falsyfikuje i spokojnie przestępcy mogą uciekać z kraju, kraść samoloty, etc.. Żeby wyrobić paszport tymczasowych w takich okolicznościach niezbędna jest zaświadczenie z policji o kradzieży. I tu się zaczyna zabawa… Tradycyjny system „spychactwa” wiedzie mnie z jednego posterunku policji na drugi i w efekcie, po 2 godzinnym postoju w korku ze względu na manifestacje, doprowadza do jednostki, ponoć śledczej, CICPC-subdepartamneto Los Teques. Szczęśliwa, że dotarłam do celu, szybko tłumacze cel wizyty.

– Ale to nie tuuuu. Musi pani zgłosić się do SAIME (polski odpowiednik urzędu wojewódzkiego) – reaguje pan detektyw, poprawia spodnie w pasie i spogląda tępo na mnie i Roberto. Następnie chwyta kartkę papieru z pieczątką i pokazuje, że taki właśnie papier potrzebuje.
– Czyli taki papier, z taka pieczątką potrzebuje, ale go tu niedostane??? – dopytuję jeszcze spokojnie.
– Nie dostanie – stanowczo odpowiada pan detektyw.

Tymczasem wchodzi kolejny, wyższy rangą, pracownik ponoć śledczej instytucji. Po szybkim przedstawieniu sprawy przez podwładnego, kręci głową i mówi: – Ale to nie u nas. Takie sprawy załatwia Interpol – odpowiada.

– Interpol? Ci, co ścigają seryjnych morderców i poszukiwanych listami gończymi? Oni będą zajmować się sprawą jakiejś polki, której ktoś zwinął paszport??? – już uczulona na system „spychactwa” reaguje podniesionym głosem. – Przecież to nic nowego, że kradną paszport obcokrajowcowi, wszyscy wiedzą, że się je sprzedaje i falsyfikuje… – i wyczekuję na zdecydowaną kontrę pracowników władz publicznych. A tu spokój i jakby potakujący ruch głowy, jak widać nikt tej informacji szczególnie nie ukrywa. – U nas się nie da tego zrobić – brnie dalej pan detektyw, który najpierw upierał się przy SAIME, a teraz upiera się przy Interpolu.

Przepychanki słowne i wyliczanki już odwiedzonych posterunków policji trwają jeszcze chwile. Widząc martwy koniec tych negocjacji decyduję się na telefon do polskiej Pani Konsul. „ To oni się tym zajmują i muszą to zrobić. Po prostu chcą Cię spławić”- słyszę w słuchawce.  Pomimo początkowych protestów, oddaje telefon panu wyższemu rangą. Jego, zapewne z natury, kwaśna mina, kwaśnieje jeszcze bardziej. Prawie nic nie mówi, tylko słucha. Ja już tymczasem szykuje kserokopie skradzionego paszportu.

– Damy radę bez Interpolu? – pytam trochę zadziornie po zakończonej przez niego rozmowie. Odpowiadają mi wściekłe oczy i: „zostawić kopie i poczekać na zewnątrz”.

Czekamy na zewnątrz obserwując wchodzących i wychodzących żołnierzy targających za ramię skutych obywateli. Zapewne przesłuchują ich też tutaj… Przypomina mi się świeża relacja, sprzed paru dni studenta gwałconego lufą karabinu podczas przesłuchania. Może dokładnie w tym samym czasie robią to tutaj? Dreszcze przechodzi mi po plechach…

Wzywają mnie do środka, samą. Nigdy nie byłam przesłuchiwana w Polsce, dlaczego by nie zrobić tego po raz pierwszy w Wenezueli? Siadam kolo wyżelowanego pana detektywa, który jako pierwszy próbował mnie odesłać z kwitkiem. Jeszcze kończy wypełnianie akt poprzedniej sprawy, full-profeska, wszystko w „wordzie”. Poprawia się w krześle i mówi przyciszonym głosem: „Przeszkadza mi…”(org. „Me molesta”) po czym wyciąga ze spodni najwyraźniej gniotący go pistolet (kabura? a po co to komu?). Kładzie mi przed nosem na biurku, celownikiem w moja stronę. Patrzy na mnie oczekując zapewne cichego „wow”, oto on – detektyw i jego pistolet. Nic takiego nie pada. Rozsiada się na krześle w rozkroku godnym rodzącej kobiety i zaczynamy.  Pada seria pytań i odpowiedzi, niekoniecznie związanych z tematem. wygrzebane kiedyś w necie

– Podejrzewa pani kogoś o kradzież paszportu? – pyta detektyw.
– Nie – odpowiadam.
– A jaka jest teraz pogoda w Polsce? – kontynuuje przesłuchanie detektyw.
– Zimno i śnieg – odpowiadam i nie zdobywam się na tłumaczenie anomalii pogodowych zimy 2013/2014.
Przesłuchanie trwa.
– Czy drzwi do pokoju, w którym miała pani paszport były wyłamane?
– Nie.
– W Polsce mówi się po hiszpańsku? Jakie tam macie fiesty? – dopytuje detektyw. Jego głód wiedzy o Polsce jest imponujący.
– Nie, mówi się po polsku. U nas na fiestach pije się głównie wódkę. – Zachowuję chłodny profesjonalizm, a salwy śmiechu odbijam sobie wciskaniem paznokci w fotel.

Cały formularz przesłuchania skopiowany został ze sprawy związanej z napadem z bronią w ręku. Trochę kosmetyki i już pasuje do mojego przypadku. Kilkukrotnie myliły się panu detektywowi dokumenty, więc koniec końców może się okazać, że kradzieży paszportu dokonano z bronią w ręku… Nie ważne, ja tylko czekam na moją informacje końcową z pieczątką. Ale do tego jeszcze daleko… Zaczyna się inny problem – poprawne sformatowanie tabeli w „wordzie”. Widząc bezsilność pana detektywa chcę pomóc. W odpowiedzi dostaję mrożące spojrzenie i „to moja praca, wiem jak to się robi!”. Duma nie pozwoliła mu na pomoc z mojej strony, jednak zasięgnięcie pomocy u kolegi to już inna sprawa. Kolega jednak też nie pomaga. Śledzę dokładnie, co znajduje się w źle sformatowanej tabeli, bo ten papier pozwoli lub nie wydostać mi się z kraju. Bardzo dyskretnie dokonuje jeszcze paru poprawek i myśląc, że to już koniec procesu przesłuchania przystajemy na problemie niedrukującej drukarki. Po pół godzinie prób i przeprowadzeniu dochodzenia, jak to na detektywa przystało, okazuje się, że drukarka nie była podłączona do komputera…

Jeszcze parę poprawek (już na wydruku), bezlik złożonych odcisków palców i tak, o jedenastej w nocy mogę wyjść z posterunku z moim papierem. Jeśli tego nie można nazwać pełnym sukcesem, to jak on wygląda? Smaczku sprawie dodaje fakt, ze przesłuchujący mnie detektyw z za dużym pistoletem w spodniach nazywał się Anibal…

Wracamy do Lizbony. Po paru telefonach okazuję się, że mogę wlecieć do Wenezueli na tymczasowym paszporcie. Zatem jestem z powrotem w Ameryce Południowej. Co też wydarzy się w kolejnym odcinku wenezuelskiej telenoweli?

Z końcem początku

Stuknął jeden rok, od kiedy przebiegłam przez bramki kontroli celnej na lotnisku pod Caracas. Tym razem nie w celu szturmowania po raz kolejny Tramén Tepui, ale żeby tu zamieszkać i zacząć pracę naukową. Ledwo się rozpakowałam i z wolna wdrażałam w życie instytutowe, a tu…

„-musze już iść, prezydent nie żyje – na zwykle „niewyraźnej” twarzy wenezuelskiego kolegi malowało się osłupienie i dezorientacja. Odwrócił się na pięcie i pobiegł do samochodu swojej mamy. Zostałam sama, wpatrując się w brązowe od zachodzącego słońca igły sosen. Posadzono je tu w latach 70tych, jako fanaberia, bo nie są one naturalnym elementem środowiska w mgielnym górskim lesie tropikalnym gdzie znajduje się IVIC (Instituto Venezolano de Investigaciones Cientificas) – mój aktualny dom. Jest 5 marzec 2013. Jeszcze chwile stałam w miejscu i ruszyłam spowolnionym krokiem do stołówki z jedną tylko myślą: „jak zareagują ludzie na wieść o śmierci Chaveza”. Szykowałam się na ucztę emocji, a tu… bardzo cichutko i spokojnie ludzie chowając się po kątach popijają coca DSC_0750cole. Nawet po dyskretnym przysiądnięciu się do grupek ludzi nie sposób było usłyszeć, co mruczą (mruczenie odbywało się po hiszpańsku, co utrudnia moje możliwości analizy). Znudzona ruszam ku wyjściu gdzie natrafiam na Freddiego, który wita mnie promiennym uśmiechem. Tym razem, na setki razy zadawane pytanie ¿Como estas? („Jak się masz?”)oczekiwałam szczerej odpowiedzi i popatrzyłam rozmówcy głęboko w brązowe oczy. Freddy wzruszył ramionami i wymówił jakby dobrze wyuczoną już regułkę „Musimy być silni, tego chciałby od nas El Comendante”. Poklepałam go ramieniu, przytaknęłam i każdy poszedł w swoją stronę. Na lokalnej drodze pustki i jak co wieczór zaczynają osiadać chmury i mgły zamieniając każdą drogową latarnie w ciemne, potencjalne miejsce zbrodni. Tym razem już szybciej szłam w kierunku Casa #4 – akademika. A tutaj wulkan emocji, jakiego się nie spodziewałam. Minąwszy milczących i wpatrzonych, jak co wieczór, w komputer ludzi w lobby trafiam na imprezę w kuchni, gdzie rozentuzjazmowani studenci wznoszą toasty, czym popadnie. Myśląc, że to już koniec oddalam się w cichszą część akademika, skąd zaczyna dobiegać donośny głos telewizora. Moja sąsiadka skulona siedzi na podłodze korytarza i choć trzyma na kolanach laptopa to wpatruje się w ryczący telewizor. Znów zadaje pytanie ¿Como estas?, odpowiadają mi najpierw szklące się oczy, a potem „ Muy mal mi amiga, muy mal…”(„Źle koleżanko, bardzo źle”). Przysiadam koło niej na podłodze i przysłuchuję się zawodzeniu i lamentom, jakie płyną z telewizora. Sąsiadka lekko się wzdryga i zaczyna szlochać. Przytulam ja, zatem lekko i słyszę: „Estoy muy preocupada sobre mi pais, muy preocupada…”(„Bardzo się martwię o mój kraj, bardzo”). Po chwili wstaje, ociera łzy i nie patrząc mi w oczy dziękuje, po czym zamyka się w pokoju z huczącym telewizorem. Ja tymczasem, wygłodniała informacji, rzucam się do komputera by poznać okoliczności i szczegóły śmierci Chaveza. Szczegóły, jakie będą mieli ochotę ujawnić wyznawcy El Comendante, który niebawem zostanie półbogiem.”

Pielgrzymki płaczek, szlochający tłum, dzikie kolejki i przekornie, jak to w Wenezueli towarzyszy temu atmosfera fiesty, muzyki i litrów alkoholu (jak to przystało na czas prohibicji). Tak mijał czas do kontrowersyjnych, zorganizowanych na prędce, wyborów prezydenckich. Przynoszą one zaskakujące rezultaty i ukazują  głęboki  podział społeczeństwa na chavistów i opozycjonistów –fifty/fifty. Nowo mianowany, namaszczony przez Chaveza, były kierowca autobusu kolumbijskiego pochodzenia – Nicolas Maduro – obejmuje rządy. I zaczyna się staczanie po równi pochyłej…ekonomicznie, politycznie, edukacyjnie, gdzie nie spojrzeć – rozkład. W 2013 roku zarejestrowano tu 25 000 morderstw i pewnie drugie tyle nigdy nie zostało zgłoszone. Coraz częstsze są braki podstawowych produktów żywnościowych, wyłączany jest prąd raz a jakiś czas, a inflacja dochodzi do najwyżej na świecie. Czyż to nie wyśmienity czas żeby zacząć pracę naukową w tym kraju, nie znając języka i prawdziwych reguł gry socjalistycznego systemu?

Najnowsze wpisy

Kategorie

Tagi